Monahan padł ciężko na łóżko, wymęczony balem, który właśnie się skończył. Wdzięczny był teraz Boginiom, iż Quinlan Maeve od lat był jego dobrym przyjacielem i że zgodził się ugościć go w swoim domu, a także ukrywać prawdziwą tożsamość Monahana. Jego rodzina nie byłaby aż tak skora do współpracy, a już na pewno nie bez żadnych wyjaśnień.
- Dobra Bogini! – jęknął cicho, chowając twarz w dłoniach. Przeczuwał, iż ponowne spotkanie z Blaithin nie będzie łatwe, nie przewidział jednak, że tak trudno będzie mu się kontrolować. Nie widzieli się całe siedemnaście lat, ostatni jej obraz, jaki pamiętał, pochodził z czasów ich beztroskiego dzieciństwa, teraz zaś przyszło mu stanąć twarzą w twarz z dorosłą, piękną kobietą. Jakim cudem udało mu się zachowywać zimną obojętność, kiedy wewnątrz pragnął jedynie wziąć ją w ramiona, odebrać to, co mu się należało?! Z małego, ślicznego skrzata, jakim była kiedyś, stała się wysmukłą nimfą, co cholernie utrudniało mu zadanie. Jak bowiem miał się skupić, kiedy Blaithin paradowała przed nim, patrząc tymi wielkimi, oprawionymi gęstymi rzęsami, brązowymi oczami? Jak miał pozostać zimny i niewzruszony niczym bryła lodu, kiedy nie mógł się napatrzeć na tę okoloną lśniącymi lokami, alabastrową twarz bogini, kiedy jego wzrok mimowolnie błądził po jej krągłościach, tak kusząco wyeksponowanych przez najmodniejsze suknie?
- Szlag by to! – mruknął pod nosem, zaciskając mocno pięści. Nie! Musiał być silny! Musiał, jeśli chciał, aby jego plan miał jakiekolwiek szanse powodzenia! Nie po to stworzył całą tę bajeczkę o admirale Marcanie Ahern, który stracił swoją rodzinę w dzieciństwie, by teraz, już po pierwszym wieczorze, się poddać! Fakt, bajeczka nie była aż tak do końca zmyślona, uwzględnił w niej kilka prawdziwych faktów ze swojego życia, licząc, iż Blaithin domyśli się prawdy, a wtedy sama mu wszystko wyjaśni, niemniej jednak większość tego, co mówił, było zwykłą bujdą. Poddanie się absolutnie nie wchodziło w grę!
Wstał z łóżka i począł chodzić nerwowo po pokoju, chcąc uspokoić rozkołatane nerwy. Prędko skierował swe myśli z osoby ukochanej, na jej narzeczonego. Leannan Hagan. Słyszał kiedyś o nim. Jego rodzina mieszkała na obrzeżach Ennis i często pojawiał się w mieście, jednak nie zadawał się z miejscowymi dziećmi, a przynajmniej nie wtedy, kiedy Monahan takowym dzieckiem był. Teraz Leannan zmienił się nie do poznania, zmężniał i wydoroślał, przestał być zarozumiałym blondaskiem, za którego wszyscy go niegdyś mieli.
- Nic dziwnego, że Blaithin przyjęła jego oświadczyny – westchnął ciężko. Leannan był mu równy wzrostem i bardzo podobnie zbudowany, jednak to były chyba jedyne zewnętrzne podobieństwa pomiędzy nimi. Jego rywal był niebieskookim blondynem o niemal chorobliwie bladej twarzy, jakby nigdy nie pozwolił sobie nawet na krótki spacer w słońcu. Nie wiedział czemu, ale Monahan zawsze uważał tego typu mężczyzn za zimnych i obojętnych, niezdolnych do jakichkolwiek uczuć. Nie przeczył, że to mogła być tylko i wyłącznie jego subiektywna opinia, ale w głębi serca chciał, by okazała się prawdziwa. Los niemożebnie by mu wtedy ułatwił odbicie rywalowi ukochanej Blaithin.
Zaczął się zastanawiać, jaką ma nad nim przewagę. Musiał się uzbroić w mocne argumenty, aby w wypadku konfrontacji z Blaithin mieć czym się bronić… Pomijając przysięgę, którą mu złożyła, oczywiście.
Znamy się od lat i to niemal na wylot – począł wyliczać w myślach, zerkając w lustro i prędko opłukując twarz chłodną wodą. Dla Monahana siedemnaście lat oznaczało jedynie rozłąkę. W końcu będąc w szkole, pisali do siebie z Blaithin niemal co tydzień, co sprawiało, że czas rozłąki nie ciążył tak bardzo. – Wątpię, aby mogła to samo powiedzieć o Leannanie… – Uśmiechnął się pod nosem. Kontynuując swoją wyliczankę, jednocześnie starannie analizując każdy z argumentów, przyszykował się do snu.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
Dobra wiadomość: mój laptop ożył! No dobra, nie sam – znajomy musiał przyjść i go ożywić, ale ważne, że jest już dobrze!
W każdym razie, ważne, że wszystko jest już ok! I teraz oby tak zostało! xD
Pozdrawiam serdecznie